Teatr Prób Miniatura - Recenzje

16 maja miałam przyjemność obejrzeć w Domu Polskim Syrena w Rowville widowisko kabaretowe „Grunt to Rodzinka” wystawione przez Teatr Prób Miniatura. Teatr prób…? W Australii jestem stosunkowo niedawno, przyjechałam do pracy na określony kontrakt, wybuchła pandemia i zostałam. Niestety, w czasie mojego pobytu, ze zrozumiałych powodów, nie miałam wielu okazji do zapoznania się z australijską kulturą, włączając w to życie kulturalne australijskiej Polonii. Pierwszą okazją było właśnie przedstawienie „Grunt to rodzinka”, na które pobiegłam jak spragnione zwierzę do wodopoju. I napiłam się do syta. Wspaniały spektakl!

Ale nie ma róży bez kolców. Mam kilka krytycznych uwag, których, mam nadzieję, wykonawcy nie wezmą mi za złe, szczególnie, że wygłaszam je z życzliwości, a nie ze złośliwości.

Zacznijmy od wstępu. Doskonale wszystkim znana piosenka Starszych Panów „Rodzina, ach rodzina”, wykonana w przedziwnym tempie i tonacji stanowiła w pierwszej chwili niemiły zgrzyt. Dopiero zorientowawszy się, że piosenka ta stanowi tło do melodeklamacji, pogodziłam się z jej dziwnym brzmieniem.

Szczególnie, że po chwili zanuciła ją we właściwej tonacji Elżbieta Romanowska, jako wstęp do opowieści o swoich wspaniałych wnukach, którą widownia, składająca się w dużej mierze z babć i dziadków, bawiła się doskonale. Ja wprawdzie nie mam jeszcze wnucząt, ale miałam swego czasu babcię i jakbym ją widziała i słyszała. Jedyne, czego mi brakło to plik zdjęć do pokazania wszystkim, jakie to śliczne dzieci i jakie mają inteligentne buzie. Ale listy od wnucząt były. Płakałam ze śmiechu.

Szkoda, że w swoim następnym skeczu „Chory mąż” pani Elżbieta wypadła trochę blado. Być może była przytłoczona osobowością swego partnera, wspaniałego Tomasza Bartczaka. Jakbym widziała swego ojca. Znów płakałam ze śmiechu. Ale pani Romanowska powinna jednak była staranniej opracować końcową scenę przymierzania stroju żałobnego, która to scena miała ogromny potencjał, najwyraźniej zmarnowany.

Co jeszcze mogę skrytykować? Chyba już nic. Choć chwileczkę. Sammer Bartczak! Ile ta dziewczyna ma lat? Co za głos, co za umiejętność poruszania się na scenie, że o wyglądzie nie wspomnę. Piosenka Anny Jantar „Przetańczyć z tobą całą noc” w jej wykonaniu to był majstersztyk, szczególnie, że była jeszcze wzbogacona o taniec przez Zosię Romanowską i Mirosława Kowalczyka. Ale niestety w tekstach mówionych Sammer pozostawiała nieco do życzenia. Wprawdzie w pierwszym, p.t. „List do mamy” zabawnie interpretowała tekst, ale drugi, opowiadający historię domku w Karkonoszach, został przeczytany nieco zbyt monotonnym głosem. I tu znów słowo krytyki pod adresem reżysera: mając młodych, niedoświadczonych aktorów należy im poświęcić dużo czasu i wysiłku, aby otrzymać zamierzony efekt. To taka uwaga na przyszłość. Bo Sammer ma ogromny potencjał, z czego znająca ją już zapewne publiczność zdaje sobie najwyraźniej sprawę, bowiem witała ją gorącymi oklaskami na samo wejście.

I skoro jestem przy pani Romanowskiej, która była autorką scenariusza i reżyserką spektaklu, kilka uwag w tym względzie.

Scenariusz doskonały, nic dodać, nic ująć. Świetny wybór i dobór materiału poruszającego całe spektrum życia rodzinnego, od radości z wnucząt, przez kłopoty z dziećmi, pierwsze problemy w małżeństwie, drugie problemy w małżeństwie, aż po wspólną jesień. Wszystko ułożone w logiczną całość, nie tylko bawiło, ale i chwilami skłaniało do zadumy. I jeszcze było okraszone kropelkami liryzmu jak, ślicznie powiedziana przez panią Urszulę Ryniuk, fraszka Gałczyńskiego „Na nasze gospodarstwo”, taniec dwojga zakochanych w rytm piosenki „Przetańczyć z tobą”, czy piosenka „Pierwszy siwy włos”.

Ale reżyseria pozostawiała co nieco do życzenia. Szczególnie w scenach zbiorowych początku i finału brak było koordynacji. Również wejścia i wyjścia, szczególnie te połączone z zabieraniem przez aktorów rekwizytów były dość chaotyczne i wyraźnie niedopracowane. Również uwaga pod adresem kierownika muzycznego: piosenki zbiorowe na wstępie i w finale, powinny być lepiej wyćwiczone. A szczególnie wejścia tekstów mówionych i przejścia od nich do śpiewanych.

Wygłaszam te spostrzeżenia jako uwagi na przyszłość. Bo zdaję sobie sprawę z tego, że te niedociągnięcia były z całą pewnością spowodowane brakiem czasu i warunków na porządne próby. Bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak przy tych wszystkich ograniczeniach w poruszaniu się i spotykaniu się w większych grupach, przy zamkniętych klubach i salach teatralnych i wszystkich innych utrudnieniach, którymi byliśmy dotknięci, oni w ogóle dali radę przygotować tak duże i różnorodne widowisko. Jestem pełna podziwu i wszystkie krytyczne uwagi wygłosiłam po prostu z czystego obowiązku recenzenta, który ma nie tylko chwalić co dobre, ale również wskazywać słabe punkty.

No a teraz przechodzę do plusów.

Moja faworytka to Zosia Romanowska. Obdarzona ogromną siłą komiczną, doskonała zarówno jako „gospodarna” żona, karmiąca swego męża przedatowaną żywnością (fragment tekstu: „Ludzie w Afryce głodują. Czy myślisz, że oni patrzą na datę ważności? Ale my nie mieszkamy w Afryce! To ciesz się, jedz i nie narzekaj” do dziś krąży mi po głowie), czy jako zdradzana żona, próbująca ratować swoje małżeństwo w poradni rodzinnej, czy w końcu w jednozdaniowym wejściu w skeczu „Kobieta sexy”. I w dodatku, jak się zorientowałam, dla polonijnej publiczności ma jeszcze jeden ogromny atut – australijski akcent, świadczący o tym, że albo urodziła się w Australii, albo przyjechała tu jako małe dziecko. I dla tej widowni to jest coś wspaniałego. Moje sąsiadka ze łzami w oczach powiedziała: no niech pani sama powie, ona się tu pewnie urodziła i jak mówi po polsku i jeszcze chce występować z rodzicami w polskim teatrze, pewnie, że chce, jak się jest taką aktorką, to każdy by chciał, a moje dzieci…. Itd. Kilka takich wypowiedzi słyszałam również w czasie przerwy i po spektaklu.

Zosia Romanowska i Sammer Bartczak są zdecydowanie faworytkami publiczności.

Ale i pozostali aktorzy mają swoich wielbicieli. I nie bez powodu.

Jola Supel, doskonała we wszystkich swoich numerach, jako kobieta seksy zdecydowanie przewyższyła Joannę Kołaczkowską z kabaretu Hrabi. Taka jest w każdym razie moja opinia. Urszula Ryniuk najwyraźniej nie dość wykorzystana w tym programie. Jej cudowny sposób podawania dowcipu suchym głosem i z kamienną twarzą aż się prosi o stosowniejszy repertuar.

Trójka panów: Andrzej Suplewski, Darek Mikołajewski i Mirosław Kowalczyk: każdy inny i każdy doskonały w swoim rodzaju. Świetni we wszystkich swoich numerach, ale tercet w skeczu „Kryzys wieku średniego” to był majstersztyk. Oni nie grali, oni po prostu sobie rozmawiali przy piwku.

I na koniec piosenkarze. Bo prócz Sammer Bartczak była jeszcze Grażyna Krajewska i Stanisław Jakubicki. Oboje wyraźnie wytrawni śpiewacy estradowi. Pani Grażyna w klasyku „Miłość ci wszystko wybaczy” miała kilka słabszych momentów, natomiast piosenkę „Nie było ciebie tyle lat” wykonała doskonale nie tylko jako piosenkarka, ale również jako interpretatorka.

Pan Stanisław Jakubicki… co tu dużo mówić: uroczy jesienny mężczyzna – słuchać go i patrzeć na niego to jednakowa przyjemność. Refren przedwojennego szlagieru „Bo srebro i złoto” nuciła z nim cała publiczność, ze mną włącznie. A później dowcipna piosenka „Co mi tam” pokazała skalę jego talentu estradowego. No i ostatnia, klasyk „Pierwszy siwy włos”. Ślicznie śpiewał, a po słowach „patrz, ile to już lat idziemy przez ten świat” wrzucił od niechcenia 55. Nikt nie rozumiał o co chodzi, póki pod koniec piosenki nie zszedł ze sceny, aby, wziąwszy leżący na proscenium bukiet róż, wręczyć go siedzącej na widowni żonie z komentarzem, którego nie dosłyszałam, ale nie dla mnie był on przeznaczony. Niestety. To „niestety” podzielała ze mną pewnie cała żeńska część widowni, co wnioskuję po ogromnym aplauzie ze strony pań. Nie mogę powiedzieć, panowie też klaskali.

Cudowny spektakl. Z tego, co rozumiem teatr Miniatura ograniczył się do dwóch przedstawień. Oczywiście w obecnych warunkach trudno coś więcej planować. Ale gdyby się udało to gdzieś jeszcze raz wystawić to należy to zrobić, bo podejrzewam, że sporej ilości potencjalnych widzów nie udało się tego zobaczyć, a warto. Z całego serca wszystkim polecam.

Anna Niedzielska

Jako swoistą formę rekolekcji wielkopostnych Teatr Prób Miniatura imienia Jerzego Szaniawskiego w Melbourne przygotował serię spotkań poetycko- muzycznych z polską poezją paschalną XX wieku p.t. "Wieczernik Polski XX w.".

Inspiracją do tych spotkań było opracowane przez członków teatru i nadane rok temu na falach radia 3ZZZ słuchowisko o tej samej tematyce zatytułowane "Wieczernik polski XXI w." Słuchowisko to nie tylko znalazło bardzo szeroki i pozytywny oddźwięk wśród słuchaczy, ale także, wraz słuchowiskiem „Tylko miłośc się liczy” na podstwie poezji ks. Jana Twardowskiego przygotowanym w ubiegłym roku przez Teatr „Miniatura”, otrzymało pierwszą nagrodę w kategorii programy radiowe na VIII Polonijnym Festiwalu Multimedialnym „Polskie Ojczyzny 2013” w Częstochowie.

Odpowiadając na wyraźne zapotrzebowanie na tego typu wydarzenia kulturalne, Teatr "Miniatura" opracował wybór wierszy o tematyce paschalnej autorstwa najświetniejszych poetów XX wieku, poczynając od Marii Konopnickiej i Stanisława Korab-Brzozowskiego, poprzez Romana Brandstaettera, Jana Lechonia, Stanisława Grochowiaka, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego do Ernesta Brylla i Ks. Jana Twardowskiego. Wymieniam tu tylko najbardziej znanych, bo cała lista bylaby zbyt długa. Co nie znaczy, że inne wiersze były gorsze lub mniej chwytające za serce. Jako to wiersz Leokadii Ogrodnik „Ocaleni” opisujący Wielkanoc na Syberii, który, w przejmującym wykonaniu Marii Bukowskiej, wywołał łzy spływające po policzkach (domyślam się, że) osób, które takie Wielkanoce pamiętają z własnego doświadczenia. Niezapomniane przeżycie!

Zdecydowanie największe, ale nie jedyne. Bo nie sposób wręcz nie wspomnieć ściskającego za serce obrazu trzech Marii idących w poszkiwaniu Jezusa, namalowanego przez Krystynę Mrozik w jej interpretacji wiersza Stanisława Grochowiaka „Pieśń Wielkanocna”. Ani wstrząsającego sumieniami publiczności wiersza Ernesta Brylla „Jezus po raz trzeci upada” w wykonaniu Jerzego Krysiaka. I nie mniej pobudzającego do myślenia wiersza Jana Lechonia "Spowiedź wielkanocna" tak sugestywnie powiedzianego przez Elżbietę Romanowską, że niektórzy widzowie ze zrozumieniem kiwali głowami. A także obrazy ostatniej nocy na Górze Oliwnej i spotkania nad jeziorem tak prosto i po ludzku przedstawione przez Andrzeja Doreckiego w wierszach Romana Brandstaettera "Getsemani" i Ernesta Brylla "Nad jeziorem".

No i trzy panie: Marzena Solnicka i Urszula Ryniuk tak pięknie, z kobiecym ciepłem i słodyczą oddające ducha Wielkanocy w wierszach Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Pieśń paschalna”, i Małogrzaty Nawrockiej „Niedziela Palmowa” oraz Anna Syrek wzbudzająca wzruszenie na twarzach i łzy w oczach widzów wierszami Ks. Jana Twardowskiego „Wielkanocny pacierz” i „Baranku Wielkanocny”.

Aktorzy aktorami, ale nie możemy pominąć milczeniem pana Michała Kempistego który, jako prowadzący spotkania, z punktu ujął swym wdziękiem, bezpretensjonalnością i bezpośredniością całą bez wyjątku publiczność. A zadanie miał trudne, bo prócz prowadzenia spotkań był odpowiedzialny za operowanie aparaturą dźwiękową zapewniając podkład muzyczny, który stanowiły fragmenty "Pasji wg św. Łukasza" Krzysztofa Pendereckiego.

Obawiam się, że osoby, które widziały poszczególne spektakle mogą być zaskoczone, że nie przypominają sobie niektórych ze wspomnianych przeze mnie aktorów czy utworów. Śpieszę z wyjaśnieniem, że teatr "Miniatura" zorganizował cztery spotkania: w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Keysborough, w Ośrodku Polskim "Syrena" w Rowville, w Klubie Polskim w Albion i w Sanktuarium Maryjnym w Essendon. Spektakle były generalnie oparte na tym samy scenariuszu, ale adaptowanym i uzupełnianym w zależności od dostępności aktorów i okoliczności, jako to na przykład dodatkowe wiersze na Niedzielę Palmową. Nad tą stroną widowisk czuwał pan Mirosław Kuszner, znany doskonale słuchaczom rozgłośni polskiej radia 3ZZZ, autor scenariuszy i reżyser "Wieczermika Polskiego XXIw" i "Wieczermika Polskiego XXw". A tym z widzów, którzy byli wzruszeni bądź poruszeni interpretacją wierszy przez aktorów przypominam, że mogli w tym widzieć rękę mistrza, jakim jest pan Stefan Mrowiński, dyrektor artystyczny teatru "Miniatura", który zapewnił konsultację artystyczną przy przygotowaniu całego przedsięwzięcia.

Mamy nadzieję, że teatr "Miniatura" będzie kontynuował tę piękną tradycję podsuwania strawy duchowej naszej społeczności.

Czesław Miłosz – „Cały z Adama Mickiewicza”

Tę oto myśl przewodnią wyeksponował reżyser pan Stefan Mrowiński w Spotkaniu Poetycko-muzycznym, które miało miejsce 02/10/1011 roku w „Virtuoso Lounge” przy 6 Gramatan Street w Beaumaris.

Działający na terenie Melbourne od 2010 roku polski teatr – Teatr Prób „Miniatura” im. Jerzego Szaniawskiego powstał dzięki panu Stefanowi Mrowińskiemu i grupie pasjonatów zafascynowanych pięknem polskiego słowa. I właśnie ci entuzjaści: Stefan Mrowiński, Krystyna Mrozik, Jolanta Supel, Krystyna Wierucka, Andrzej Dorecki, Konrad Dorecki, Stanisław Jakubicki, Jerzy Krysiak, Mirosław Kuszner, Waldemar Mróz i Jerzy Wierucki zaprezentowali publiczności życie i twórczość Czesława Miłosza.

Ekspresyjność spektaklu uwydatniona została poprzez trafnie wkomponowane przez reżysera utwory muzyczne. I tak Konrad Dorecki zainaugurował wieczór utworem J. S. Bacha – Fuga C-Moll, skąd tony pełne powagi i zadumy wprowadziły słuchaczy w nastrój nad sensem nie przmijania w czasie. Recytacja „Pieśni” z tomu „Trzy zimy” w wykonaniu pań oraz śpiew „Pieśni pasterskiej” kojarzą się nam ze słynnymi utworami Mickiewicza z okresu Romantyzmu.

Język poetycki Czesława Miłosza jest zabarwiony wieloma zwrotami z utworów Mickiewicza. „Wyznanie liryczne” (fragment prozy prezentowanej przez pana Kusznera) czy „Piosenka”, „Zapomnij” śpiewane przez Jacka Telusa i Stanisława Sojkę – to świat ogromnej wrażliwości. W odsłonie drugiej usłyszeliśmy również „Kołysankę” w wykonaniu pani Mrozik. Podobnie jak w utworach Romantyzmu Miłosz wykorzystał elementy baśniowe. Reżyser spektaklu konsekwentnie, z właściwą sobie erudycją wprowadzał nas w nastrój ballad i romansów Adama Mickiewicza. Usłyszeliśmy głos samego Czesława Miłosza (nagranie archiwalne), który przeczytał balladę „Rybka”. Adam Mickiewicz posługując się ludową mądrością: każde zło musi być ukarane, opisał dramat dziewczyny uwiedzionej przez panicza. Krysia z rozpaczy zamienia się w rusałkę, dziecięciem jej zaopiekował się stary sługa ze dworu. Ale zły panicz pewnego wieczoru podczas przechadzki nad jeziorem zostaje zamieniony w kamień.

Konsekwencja reżysera wiodąca do ukazania Czesława Miłosza jako obrońcy prostego człowieka została wyeksponowana w „Piosence” zaśpiewanej przez J. Telusa. Utwór ten został wydany na emigracji, a słowa: pamiętaj, skrzywdziłeś prostego człowieka – miały swoją siłę emocji.

Wiele razy w ciągu wieczoru słyszeliśmy utwory o ojczyźnie – zarówno „Przeczucie Apokalipsy” (utwór wydany w 1935 roku) – to niepokój poety o losy kraju. Jako wieszcz przeczuwa tragedię narodu polskiego.

Zakończenie prowadzone przez reżysera spektaklu było punktem kulminacyjnym wieczoru. Kiedy usłyszeliśmy słowa „Hymnu” (recytacja – Stanisław Jakubicki) a potem dźwięki „Poloneza 1911” który skomponował sam Konrad w hołdzie dla Czesława Miłosza – po prostu wstaliśmy.

Dlatego też w imeniu wszystkich obecnych na spektaklu (kilkadziesiąt osób) składam serdeczne podziękowanie za niezapomnianą ucztę duchową dla Reżysera oraz Zespołu aktorskiego.

Wieczór poświęcony twórczości Czesława Miłosza był szczególnie ważnym wydarzeniem. Dlaczego? Jak wiemy, życie poety i pisarza jest kroniką minionego stulecia. Urodzony 30 czerwca 1911 roku w Szetejniach (koło Kowna), już jako kilkuletni chłopiec przeżywał rosyjską rewolucję, czasy w Polsce niepodległej, czas spełnionej Apokalipsy: okupacja, Holocaust, emigracje. Wszystkie wydarzenia znalazły miejsce w jego twórczości. Toteż w roku 1980 został laureatem Nagrody NOBLA.

Podczas jej wręczania powiedział: „Jestem częścią polskiej literatury... Reprezentować taką literaturę, znaczy czuć się pokornym wobec świadectw miłości i poświęcenia zostawionych przez tych, którzy już nie żyją... Oni prowadzili moją rękę i ich niewidzialna obecność podtrzymywała mnie w trudnych chwilach...”

„Gdy 27 sierpnia 2004 roku kondukt żałobny odprowadzał zmarłego pisarza do Krypty Zasłużonych na krakowskiej Skałce, każdy, przytomny tej chwili, zdawał sobie sprawę, że odchodził człowiek, którego znaczenie porównywano do roli Adama Mickiewicza.” („Rodzinna Europa” i „Biografia” – A. Franaszek)

Barbara Dudkowska

Sprawozdanie z występów na PolArcie w Brisbane

Drodzy członkowie Teatru

Większość z Was o tym wie, ale pewnie nie do wszystkich dotarło, że nasz teatr był w końcu reprezentowany na PolArcie 2018. Jak pamiętacie, początkowo zrezygnowaliśmy z wyjazdu, ponieważ dla części członków był on niedostępny z powodów finansowych, a inni mieli bardzo ważne plany życiowe na ten okres. Ale kiedy niedługo przed imprezą przyszło ponowne zaproszenie stwierdziliśmy, że to może być ostatnia okazja pokazania się poza Melbourne i że nie wolno nam jej zmarnować. Oczywiście wszystkie koszty musieliśmy pokryć z własnej kieszeni. Zadaliśmy pytanie wszystkim aktorom: kto może i chce i udało nam się zebrać zespół w składzie: Jola Supel, Michał Kempisty i małżeństwo Romanowscy. Jola, która towarzyszy Markowi Ravskiemu w jego tournée po Australii, miała tam i tak być w tym czasie, a nasza pozostała trójka stwierdziła, że koszt biletów Jetstarem, nawet z nadaniem na bagaż jednej walizki z kostiumami, jakoś przełkniemy, zaś mieszkanie załatwiłam za punkty Flybuys, których jestem zapaloną zbieraczką. Dostał nam się bardzo sympatyczny apartament, za rogiem od klubu w którym występowaliśmy.

Pojechaliśmy na 4 doby (przylecieliśmy 30 grudnia wieczorem, wylecieliśmy 3 stycznia po południu), bo na więcej nas stać nie było ani finansowo, ani czasowo. Dobre i 4 dni. Nie był to pobyt wypoczynkowy, o nie. Natychmiast pierwszego dnia po przylocie, nie bacząc na upał, mieliśmy kilkugodzinna próbę, która odbyła się w domu gdzie stanęli Jola i Marek. Gospodarze, przecudowni ludzie, aby nam nie przeszkadzać, zanurzyli się po szyje w basenie, a my na patio do roboty.

Próbie czynnie przyglądał się Marek. Czynnie, bo miał sporo uwag co do tego co robimy i jak mówimy. Słuchaliśmy pilnie, boć to przecież zawodowiec estradowy i to dobry. Mało tego, nie tylko że przyłączył się do naszego programu z kilkoma swoimi piosenkami, ale jeszcze wspaniałomyślnie zaproponował, że poprowadzi konferansjerkę. Do tego tematu jeszcze wrócę.

Te piosenki wspomogły nas niesamowicie. Nie tylko, że zapewniły nam oprawę muzyczną (rozpoczęcie, zakończenie i 2 w trakcie, jedna przy okazji bardzo się przydała jako przerywnik na zmianę o kostiumów, do drugiej jeszcze wrócę), ale również dodały nam nieco materiału.

Nasz występ był składanką numerów z „Uśmiechnij się” i „Uśmiechnij się 2”. Powiedzmy sobie szczerze: ile w tym było pozycji wykonywanych wyłącznie przez Jolę, Michała i pp. Romanowskich?

Najlepiej w tej statystyce prezentowało się oczywiście stadło: „Małżeństwo i szosa” (przerobiliśmy na odwrót; to ja prowadziłam, a on dogadywał), „Majewski”, „Wszystko o mężczyźnie” (tekst córki powiedział ojciec), „Ślusarz”. Prócz tego Tomek z Michałem w „Mistyce finansów” i z Jolą w „Kobiecie u lekarza”, Jola z Michałem w „Tajnikach techniki dentystycznej”, solo w „Rozwiedzionej przed sądem” i Michał w piosence „Kobiety trzymać trzeba krótko” (którą w końcu recytował, bo podkład muzyczny zostawił w Melbourne, ale muszę przyznać, wypadł fantastycznie), do tego trochę aforyzmów. Nadal nieco mało. Wiec Michał przygotował jeszcze wiersz Załuckiego „Rozwód po polsku”, a Jola „Mścicielkę”, też Załuckiego. Prócz tego Jola podjęła się partnerowania mi w skeczu Grodzieńskiej „W restauracji” w roli oryginalnie granej przez Marię. Do tego 4 piosenki Marka i zrobił się godzinny program. Ułożyłam to w takiej kolejności, żeby się jedno z drugim jakoś wiązało, a jednocześnie żeby dać aktorom czas na zmianę kostiumów i mieliśmy nadzieję, że będzie dobrze.

Poszliśmy obejrzeć salę i scenę. Przy samym wejściu miła niespodzianka, szczególnie dla naszych panów: plakat informujący o naszym występie, który załączam. Dalej nieco gorzej, choć nie tak znowu źle. Salka nieduża, na nieco ponad 100 osób. Fajnie, jak przyjdzie tyle, to będzie pełno ludzi. Było. Ale nie uprzedzajmy faktów. Dodam tylko, że doskonała akustyka i świetne nagłośnienie zapewnione przez organizatorów. Nb. myślę, że pamiętacie iż w obu wystawieniach „Uśmiechnij się” obsługę sceny zapewniał Tony, który nie rozumiał słowa po polsku i jak świetnie dawał sobie radę. Teraz operatorem konsoli, do którego obowiązków należało m.in. puszczanie podkładów muzycznych, był anglojęzczny chłopak. Trochę nam skóra cierpła, ale dał sobie radę bezbłędnie.

Scena wielkości tej w Rowville. Tyle, że ani garderoby, nawet takiej za kulisami jak w Albion, ani pomieszczenia na rekwizyty nie ma. Za to jest przejście za sceną, tak jak w Rowville, a w dodatku nawet większe. No to tam ładujemy cały chłam, dali nam nawet lustro, i cóż nam więcej trzeba? Bardzo w tym temacie polecam lekturę „Ze wspomnień chałturzystki” Stefanii Grodzieńskiej (egzemplarz posiadam). Artysta estradowy musi mieć zdolność adaptacji większą niż kameleon, gonna i bakteria razem wzięte. Jedyny problem był, że musieliśmy się poruszać jak ważki nad powierzchnią wody, żeby się nikt na widowni nie zorientował, że tam za tą zasłoną coś się dzieje. Udało się. W każdym razie żadnych komentarzy na ten temat nie usłyszeliśmy.

Odbyliśmy dwugodzinną próbę generalną, przerwa na lunch i na scenę. Luuuudzie! Czegoś takiego w życiu nie doświadczyłam. Sala nabita po brzegi (przy jej pojemności nie taki znowu cud, ale wrażenie jest). Przyszli, to przyszli, bardzo miłe z ich strony. Ale co za publiczność przyszła! Oni chcieli się bawić i bawili się. Reagowali na każdy dowcip.

Pierwszy numer po otwierającej piosence Marka to „Małżeństwo i szosa”. Zaczynamy: Tomek: „Niepotrzebnie zaczęłaś hamować na śliskiej szosie” – śmiech Ja: „Zaczęłam hamować gdy złapałeś za kierownicę” – śmiech i brawa I tak przez cały spektakl. Mało tego, Jola i Michał dostali brawa na samo wejście do „Rozwiedzionej przed sądem” i „Rozwodu po polsku”. Kiedy później oglądaliśmy nagranie które zrobił Michał ustawiając swój aparat fotograficzny na statywie, to miałam wrażenie, że to sitcom. No więc możecie sobie wyobrazić, jak się nam przy takim odbiorze grało. Skrzydła wyrastały u ramion.

Drugim powodem naszego sukcesu był bez wątpienia udział Marka. On umie porwać publiczność. Refren do „Ballady o jednej Wiśniewskiej” śpiewała z nim cała sala. Jego konferansjerka wywoływała śmiechy nie mniejsze, niż nasze występy. Chojnie rzucał perełki dowcipu, a że nie rzucał ich przed wieprze, tym większe wrażenie robiły. Ponadto wystąpił w skeczu „W restauracji” jako kelner (scenka mimiczna, nagrodzona śmiechem), no i…. Jak zapewne pamiętacie skecz „Tajniki techniki dentystycznej” rozgrywa się w foyer teatru, w oczekiwaniu na rozpoczęcie spektaklu, w którym występuje śpiewaczka, klientka jednego z bohaterów, technika dentystycznego, który wstawił jej wspaniałą sztuczną szczękę i która teraz należność za usługę uiszcza biletami na swoje występy. W oryginalnym wystawieniu na scenie był plakat z „Carmen”, którego nam ze swych zbiorów użyczył dyrektor artystyczny Melbourne Opera, a aktorzy trzymali w rękach prawdziwe programy ze spektaklu w wykonaniu tejże opery. Plakat oddaliśmy, o ponowne wypożyczenie nie śmieliśmy prosić. Co robić? Artysta estradowy musi mieć zdolność adaptacji większą niż kameleon, gonna i bakteria razem wzięte. Śpiewaczkę zmieniliśmy na śpiewaka, na scenie umieściliśmy jeden z plakatów Marka (w załączeniu), aktorom jako rekwizyty daliśmy własnej roboty atrapy programów z reprodukcją plakatu na pierwszej stronie i już nikt nie miał wątpliwości na czyj koncert idą Jola z Michałem. Oczywiście jako następny numer w programie była piosenka w wykonaniu tegoż artysty. Wyszedł na scenę, w uśmiechu zaprezentował garnitur własnych zębów, ten sam co na plakacie, śmiech, brawa. Nb Marek miał swój własny koncert w godzinę po występie z nami, w tej samej sali i przed tą samą publicznością, nikt nie poszedł do domu, wręcz odwrotnie. Artysta bisował dwukrotnie, trzeci raz nie mógł, bo nie był przygotowany w sprawie podkładu.

Słuchajcie, warto było, warto było, warto było!!!

No a co jeszcze robiliśmy poza tym?

W Nowy Rok Michał pojechał, czy też poszedł do katedry św. Stefana na koncert kolęd poprzedzający Mszę Świętą. A wieczorem we dwoje (Romanowski czuł się nieco osłabiony po Sylwestrze) pojechaliśmy na występ kabaretu Vis-a-Vis z Sydney. Następnego dnia oni (też czwórka) przyszli na nasz występ i szybko ustaliliśmy, że musimy przygotować wspólny program do wystawienia w Sydney i w Melbourne. A po drodze można zawadzić o Canberrę, a jak sił starczy, to z Melbourne pojechać dalej do Adelaidy.

W poprzednim paragrafie wspomniałam o Sylwestrze. Oczywiście nie spędziliśmy go w łóżkach. Bawiliśmy się w Polskim Klubie w Dara i bawiliśmy się doskonale. Znów w dużej mierze dzięki Markowi Ravskiemu, który wziął na siebie rolę śpiewającego wodzireja. Ten człowiek ma tysiąc talentów.

No i przyszedł czas powrotu do domu. Dzięki temu, że mieszkaliśmy blisko polskiego klubu w Milton (tego, gdzie występowaliśmy), udało nam się jeszcze zobaczyć inny program kabaretu Vis-aVis przygotowany w hołdzie Staszkowi Wielankowi. Zrobili go we współpracy z zespołem tanecznym Lajkonik z Sydney. Wspaniały spektakl. Myśę, że powinniśmy postarać się nawiązać podobną współpracę z którymś z melbourneńskich zespołów. Słuchajcie, jestem na 100% przekonana, że nasz wyjazd do Brisbane był wart i poniesionego wysiłku (próby to my robiliśmy jeszcze w Melbourne) i pieniędzy. Nasz teatr zaprezentował się doskonale, a ponadto zobaczyliśmy co robią inni i nawiązaliśmy bardzo interesującą współpracę. A to się liczy.

O czym z dumą i radością donoszę

Elżbieta Romanowska

Spektakl "Koniec i początek" w wykonaniu Teatru Prób Miniatura w Melbourne

Ogromnym sukcesem zakończyło się zapowiadane wcześniej widowisko p.t. "Koniec i początek", wystawione w Clayton Community Centre w dniach 23 i 24 listopada b.r. Publiczność owacjami na stojąco podziękowała aktorom tego spektaklu za przeżycie teatralne dużego formatu.

Sztuka oparta jest na życiu i twórczości Wisławy Szymborskiej, poetki, laureatki nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1996 r. Jest to spektakl autorski Stefana Mrowińskiego, twórcy scenariusza i reżysera tego wydarzenia scenicznego w Melbourne w kreacji Teatru Prób Miniatura im. Jerzego Szaniawskiego.

70 rocznica Związku Polaków w Melbourne

19-go października 2019 roku, Związek Polaków w Melbourne obchodził uroczyście 70-tą rocznicę powstania Związku. Obchody miały miejsce w siedzibie Związku, na Polanie w Healesville i zgromadziły liczną grupę członków Związku i sympatyków Polany. ZPwM został założony w 1949 roku przez pierwszych Polaków przybyłych do Australii po drugiej wojnie światowej. Polonia ta składała się w większości z żołnierzy, którzy walczyli o wolną Polskę na wszystkich frontach świata. I już w 1949 roku, zaledwie w niecałe 4 lata od zakończenia wojny, utworzyli pierwszą polską organizację w Wiktorii czyli Związek Polaków w Wiktorii.

Ponieważ zaczęły powstawać nowe polskie związki i organizacje w Wiktorii, postanowiono po paru latach zmienić nazwę na Związek Polaków w Melbourne.

A Polana w Healesville nie przez przypadek została wybrana na miejsce uroczystych obchodów 70-lecia Związku. Albowiem w 1960 roku trzech jego członków (Panowie Władysław Czarkowski, Adam Gruszka i Henryk Pieńkoś) nabyli ten teren , który po kilku latach sprzedali po kosztach Związkowi z przeznaczeniem na siedzibę obozów letnich dla polonijnej młodzieży. I do dziś służy ona w tym charakterze kolejnemu pokoleniu.

Uroczystość zaszczycili swoją obecnością: Zastępca Prezesa Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii Pani Elżbieta Dziedzic, Dyrektor Polskiego Biura Opieki Polcare pani Bożena Iwanowska, ksiądz Wiesław Słowik OAM, Manager Stowarzyszenia Polaków Wschodnich Dzielnic Dom Polski Syrena pan Zygmunt Bieliński OAM, Vice-prezes Domu Polskiego Syrena pani Teresa Koronczewska, Prezes Domu Polskiego w Albion pan Jan Kutypa z małżonką i, przede wszystkim, jedna z pierwszych działaczek ZPwM, pani Zdzisława Wasylkowska .

Niestety, ze względu na nagłą niedyspozycję, w ostatniej chwili swój udział w obchodach odwołał Honorowy Konsul Rzeczpospolitej Polskiej dr. Zbigniew Łuk – Kozika OAM. Nie mogła być również obecna Konsul Rzeczpospolitej Polskiej, pani Monika Kańczyk, która natomiast przesłała list z gratulacjami i życzeniami pomyślności na przyszłość.

Nadszedł również list z gratulacjami i wyrazami uznania za długą, wytrwałą i różnorodną działalność i z życzeniami dalszych, nieprzerwanych lat działalności i sukcesów od Rady Naczelnej Polonii Australijskiej, podpisany przez prezesa tej organizacji, panią Małgorzatę Kwiatkowską.

Wszystkich zgromadzonych powitała pani Prezes Związku Polaków w Melbourne Zofia Dublaszewska, która w swoim przemówieniu streściła historię powstania Związku oraz opowiedziała o jego działalności i planach na przyszłość.

Następnie głos zabrali: Zastępca Prezesa Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii Pani Elżbieta Dziedzic, ksiądz Wiesław Słowik OAM, Manager Stowarzyszenia Polaków Wschodnich Dzielnic Dom Polski Syrena pan Zygmunt Bieliński OAM oraz nestorka ZPwM pani Zdzisława Wasylkowska. Wspomnienia, słowa uznania za działalność, życzenia dalszych sukcesów, wszystkie wyrażone w ciepłych i płynących prosto z serca słowach. Później odczytano listy z gratulacjami z konsulatu RP i od Rady Naczelnej Polonii Australijskiej.

Pani Bożena Iwanowska wręczyła w imieniu Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii Dyplom Uznania za wieloletni wkład w podtrzymywanie polskości na Antypodach oraz w pielęgnowanie tradycji i kultury polskiej w Australii.

Miłą niespodzianką było złożenie przez Stowarzyszenie Polaków Wschodnich Dzielnic darowizny w wysokości $1000 na rzecz Polany. Prezent urodzinowy bardzo na czasie i przyjęty z radością, jako że Polana nadal ma więcej potrzeb niż dochodów i bardzo liczy na polonijnych (i nie tylko) darczyńców.

Po zakończeniu części oficjalnej nastąpiła część artystyczna. Teatr Prób Miniatura wystąpił ze specjalnie na ten dzień przygotowanym programem. Coś ze starego kraju, coś bardziej współczesnego z naszego melbourneńskiego podwórka, coś sentymentalnego i coś wesołego. A przede wszystkim utwory Andrzeja Gawrońskiego. Bo przecież takie rocznicowe obchody nie mogły się odbyć bez przypomnienia twórczości najwybitniejszego naszego polonijnego satyryka i stanowiły najlepszą okazję dla oddania hołdu Jego pamięci. „I am Polish, jam Polish jest i szlus”, jak śpiewali aktorzy na zakończenie.

Po uczcie duchowej nastąpiła uczta dla ciała, czyli obiad przygotowany przez wolontariuszy w kuchni. Czego tam nie było! Barszczyk czerwony z krokietami i to jakimi! Rosół z makaronem dokładnie taki jak jedliśmy w dzieciństwie. Rozpływająca się w ustach karkóweczka z kopytkami i zasmażaną kapustą... Niestety, nie spamiętałam wszystkiego. Ale pamiętam ciasta. Morze ciast. Przewspaniałych.

Niestety, pogoda nie dopisała. Nawet nie było zimno, ale co i rusz padały deszcze, wprawdzie przelotne, ale rzęsiste. W tych warunkach trudno było organizować ognisko i część gości pojechało do domu. Tylko dzieci, którym (jak to sami pamiętamy) nigdy nie jest zimno kiedy się dzieje coś fajnego, zasiadły wokół ogniska i piekły z uciechą kiełbaski. Dorośli schronili się pod dachem, gdzie wiedli długie Polaków rozmowy.

I co za niespodzianka! Wieczorem zjawił się Krzysztof Kaczmarek, który, nie bacząc na odległość i zmęczenie po spektaklu w Albion, zawitał na Polanie ze swoją żoną Beatą. I zabawiał zebranych do północy.

Kiedy przymknę oczy, to wyobrażam sobie Polanę za 50 lat. W stołówce (oczywiście trzykrotnie zmodernizowanej) siedzą dzisiejsze dzieci (te, które teraz pieką kiełbaski) i popijają grzańca, przepis na który znalazł ktoś w starym kalendarzu po babci. A przy ognisku siedzą ich wnuczęta i pieką Polish sausages na patykach.

Czego z całego serca Związkowi Polaków w Melbourne i Polanie życzę.

Elżbieta Romanowska

„Listy śpiewające”

Tematem czerwcowego spotkania Koła Literackiego była twórczość Agnieszki Osieckiej. Nie mogę sobie wyobrazić nikogo, komu nie byłaby znana jej poezja, chociażby w postaci tekstów do piosenek. Osiecka była także dziennikarką, pisarką, reżyserem. Powiadają, że w swych wierszach pomieściła cały świat.

O przygotowanie i prowadzenie tego spotkania poproszono Stefana Mrowińskiego (m.in. autora tekstów piosenek, reżysera i dramaturga). „Listy śpiewające” – taki tytuł miał ten świetny, pełen anegdot, program zrealizowany z udziałem aktorów Teatru Prób ‘Miniatura’ im. Jerzego Szaniawskiego – Małgorzaty i Jerzego Krysiak, Krystyny Mrozik, Krystyny i Jerzego Wieruckich oraz Belindy. Czytane przez nich utwory, różne w nastroju i stylu, ilustrowały drogę życiową autorki, tło społeczne i historyczne jej twórczości.

Organizatorzy nie spodziewali się tak wielkiego zainteresowania spotkaniem, wobec czego nie tylko sala biesiadna, ale cała gościnna restauracja ‘Kluska’ była zapełniona do ostatniego centymentra. Postanowiono więc powtórzyć spotkanie w obszerniejszym pomieszczeniu salonu ‘Virtuoso Lounge’, gdzie o Agnieszce Osieckiej można będzie jeszcze raz posłuchać 17 lipca. Będzie to powtórzenie, jednak z pewnymi zmianami. Dojdzie para aktorów i warunki techniczne będą zupełnie odmienne.

Chciałabym jeszcze zacytować fragment z książki Agnieszki Osieckiej ‘Rozmowy w tańcu’: „...ja w sumie ciągle się ‘pocieszam’, ja tak piszę, jakbym ludzi głaskała po głowie. Jakbym sama siebie głaskała po głowie.”

Hanna Nagórska


Listy śpiewające II

Powtórka spotkania poświęconego Agnieszce Osieckiej – ‘Listy śpiewające’ cieszyła się dużym powodzeniem. Znów tłumno. Dostawianie krzeseł. Na szczęście salon Virtuoso Lounge pomieścił wygodnie wszystkich.

W imieniu ‘Virtuoso Lounge’ i teatru Prób ‘Miniatura’ im. Jerzego Szaniawskiego gości powitał gospodarz salonu - Andrzej Dorecki.

Program przygotował Stefan Mrowiński, wiersze i teksty piosenek czytali aktorzy teatru Prób Miniatura im. Jerzego Szaniawskiego. Ilustrację stanowiły piosenki autorstwa Agnieszki Osieckiej. Z wielką kulturą potraktowany był życiorys poetki. Przedstawione zostały tylko te wydarzenia z jej życia, które zaważyły bezpośrednio na jej twórczości.

Stefan Mrowiński przedstawił piękny obraz Osieckiej na tle trudnej epoki. On sam jest także z tego pokolenia. Stalinizm, terror, a potem odwilż i płonne nadzieje. Przedstawicielami pokolenia dorastającego w ‘odwilży’ byli także Komeda – Polański – Chłasko. Było to pokolenie marzeń i iluzji, że socjalizm może mieć ludzką twarz. Ich młodość przypadła w czasie, kiedy gra w brydża, jazz i tak zwane bikiniarstwo były tępione jako elementy wrogie Polsce Ludowej.

Dzięki swojej pracy był Stefan częścią środowiska artystycznego, mógł więc ozdobić swój program o Osieckiej anegdotami i ciekawostkami. Dowiedziałam się na przykład, że piosenka ‘Okularnicy’ mówiła o zupełnie innej sumie zarobków absolwentów uczelni. W oryginalnym tekście jest: „tysiąc dwieście... w wielkim mieście”. Cenzura ingerowała i tekst musiał być zmieniony na „koniec z końcem...dwa tysiące”.

Agnieszka była wszechstronnie utalentowana. W wieku 16 lat zdała maturę w szkole im. Marii Curie-Skłodowskiej. Była wysportowana.Brała udział w maratonach pływackich Wilanów – Warszawa. Znała kilka języków. Prócz tekstów do piosenek i poezji, pisała powieści i sztuki teatralne.Prowadziła pamiętniki. Jest w nich zapisane całe jej życie. Na życie Agnieszki jak sama mówiła, miało wpływ dwóch mężczyzn: ojciec i Stalin. Nie zwracała uwagi na mężczyzn, którzy się nią interesowali, mężczyzna musiał ją fascynować. Rok 1966 Opole – ‘Okularnicy’. Wiersz ‘Okularnicy’ czytała Małgorzata Krysiak.

W 1966 ślub z Wojciechem Frykowskim w Zakopanem. Wśród 150 gości większość stanowi elita aktorska. Drużbami byli Krzysztof Komeda i Bogumił Kobiela. Małżeństwo trwało tylko pół roku. Efektem było powstanie piosenki ‘Gorzko mi’ z muzyką Andrzeja Zielińskiego. Wkrótce odchodzą jeden po drugim przyjaciele: Cybulski, Kobiela, Komeda, Frykowski. W 1971 powstaje wiersz ‘Szpetni 40-letni. ‘Dwie szklaneczki wina’ – śpiewana przez Ludmiłę Jakubczak.

W 1972 roku STS wyjeżdża do Francji na Festiwal.Trzy miesiące trwała paryska przygoda z Andrzejem Jareckim.

Wiersz Andrzeja Jareckiego ‘Mnie nie jest wszystko jedno’ – wykonawca – Jerzy Krysiak Agnieszka Osiecka studiując w Łodzi mieszka w akademiku przy ulicy Kamiennej. Powstaje pierwszy przebój prawdziwy, nieśmiertelny, nawiązujący do Skamandrytów, Tuwima. Krystyna Wierucka czytała wiersz ‘Kochankowie z ulicy Kamiennej’, następnie piosenka w wykonaniu Sławy Przybylskiej.

Piosenka stała się ogromnie popularna. Po raz pierwszy Agnieszka przestaje być amatorką – staje się profesjonalistką.

Mało znany wiersz ‘Solo na kontrabasie’ czytała Krystyna Mrozik. Muszę przyznać, że nie znałam go wcześniej.

W 1981 stan wojenny – postawa Agnieszki conajmniej wieloznaczna, na którą ma wpływ lęk, że nie będzie drukowana.

Piosenka ‘Pijmy wino za kolegów’ z 1981 roku, z muzyką Krajewskiego, wykonanie Piotr Fronczewski. Piosenka stała się nowym hymnem pokolenia Solidarności. Piosenka ‘Nie żałuję’, z muzyką Seweryna Krajewskiego, w wykonaniu Edyty Geppert .

Sens mitu polskiej kobiety i jej drogi życiowej - ‘Polska madonna’ wiersz czytał Waldemar Mróz .

‘Ja nie odchodzę kiedy trzeba’, muzyka Andrzej Zieliński, wykonanie Ewa Błaszczyk . W 1995 Ewa Błaszczyk - pożegnanie

Wiersz ‘Piosenka o polskiej drodze’ – Jerzy Wierucki

Pytanie: ‘którędy do Polski’ - wciąż bardzo aktualne.

Choroba. Po operacji Agnieszka zaangażowała się w teatrze Atelier w Sopocie. Oddała wszystkie swoje siły temu teatrowi.

Usłyszeliśmy ostatnią piosenkę ‘Kiedy mnie już nie będzie’ z muzyką Seweryna Krajewskiego, w wykonaniu Magdy Umer.

Podziękowania: państwu Zofii, Andrzejowi i Konradowi Doreckim za gościnę, pani Joli Kowalskiej – Polibabki - za wspaniałe ciasta i nieocenioną pomoc przy kawie i herbacie, państwu Oli i Jarkowi Janczewskim z Europa Cake Shop za darowanie pączków, panu Zbigniewowi Ślifierzowi za obsługę fotograficzną, Teatrowi Prób „Miniatura” – konsultantowi artystycznemu Stefanowi Mrowińskiemu za przygotowanie i poprowadzenie programu, aktorom Stanisławowi Jakubickiemu, Jerzemu Krysiak, Małgorzacie Krysiak, Krystynie Mrozik, Waldemarowi Mrozowi, Jerzemu Wieruckiemu i Krystynie Wieruckiej za przekazanie treści i głębi uczuć wierszy

Andrzej Dorecki zaprosił wszystkich na koncert – 13 sierpnia. Wystąpi Anna Kijanowska z USA i Konrad Dorecki.

Jerzy Krysiak oznajmił przyjemną wiadomość o rejestracji Teatru. Teatr Prób „Miniatura” im. Jerzego Szaniawskiego istnieje więc oficjalnie jako organizacja życia kulturalnego Australii.


Listy śpiewające III

Powtórka spotkania poświęconego Agnieszce Osieckiej – ‘Listy śpiewające’ w opracowaniu Stefana Mrowińskiego – reżysera i opiekuna artystycznego Teatru Prób cieszyła się dużym powodzeniem.

Program przygotował Stefan Mrowiński, wiersze i teksty piosenek czytali aktorzy teatru Prób Miniatura im. Jerzego Szaniawskiego. Ilustrację stanowiły piosenki autorstwa Agnieszki Osieckiej. Z wielką kulturą potraktowany był życiorys poetki. Przedstawione zostały tylko te wydarzenia z jej życia, które zaważyły bezpośrednio na jej twórczości.

Stefan Mrowiński przedstawił piękny obraz Osieckiej na tle trudnej epoki. Stalinizm, terror, a potem odwilż i płonne nadzieje. Przedstawicielami pokolenia dorastającego w ‘odwilży’ byli także Komeda – Polański – Chłasko. Było to pokolenie marzeń i iluzji, że socjalizm może mieć ludzką twarz.

Agnieszka była wszechstronnie utalentowana. W wieku 16 lat zdała maturę w szkole im. Marii Curie-Skłodowskiej. Była wysportowana. Brała udział w maratonach pływackich Wilanów – Warszawa. Znała kilka języków. Prócz tekstów do piosenek i poezji, pisała powieści i sztuki teatralne.Prowadziła pamiętniki. Jest w nich zapisane całe jej życie. Na życie Agnieszki jak sama mówiła, miało wpływ dwóch mężczyzn: ojciec i Stalin.

Agnieszka Osiecka studiując w Łodzi, mieszka w akademiku przy ulicy Kamiennej. Powstaje pierwszy przebój prawdziwy, nieśmiertelny – ‘Kochankowie z ulicy Kamiennej’. Piosenka stała się ogromnie popularna. Po raz pierwszy Agnieszka przestaje być amatorką – staje się profesjonalistką.

Mało znany wiersz ‘Solo na kontrabasie’ czytała Krystyna Mrozik.

Piosenka ‘Pijmy wino za kolegów’ z 1981 roku, która stała się nowym hymnem pokolenia Solidarności, zaśpiewał Stanisław Jakubicki.

Debiutująca w Teatrze „Miniatura” Grażyna Krajewska była wykonawczynią piosenki „Mój pierwszy bal”.

Bożena Futa debiutowała w wierszu „Czerwony kapturek”

‘Polska madonna’ wiersz czytał Waldemar Mróz

Wiersz ‘Piosenka o polskiej drodze’ – Jerzy Wierucki. Pytanie: ‘którędy do Polski’ - wciąż bardzo aktualne.

Choroba. Po operacji Agnieszka zaangażowała się w teatrze Atelier w Sopocie. Oddała wszystkie swoje siły temu teatrowi.

Teatr spotkał się z bardzo serdecznym przyjęciem ze strony Ośrodka Rekreacyjno Sportowego w Albion. Członkowie zespołu wdzięcznie wspominać będą kierownitwo państwo Ewę i Adama oraz wspaniałą, wrażliwą publiczność.

Poniższe uwagi odnoszą się do ogólnej prezentacji przedstawienia i nie mają na celu oceny wykonania przez indywidualnych aktorów.

Wiele niedoskonałości można usprawiedliwić brakiem odpowiedniego zaplecza technicznego oraz warunkami w jakich wykonawcy – z braku wyboru – musieli pracować. Lecz moim celem jest pokazanie, jak przedstawienie było postrzegane z widowni. Niezależnie od środków dostępnych kierownictwu artystycznemu zespołu.

1.      Tematyka

Za poważna. 

Zbyt religijna.

Dobra do kościoła lub dla kółka różańcowego.

Dla jakiego grona odbiorców zamierzona? 

Chybiona?

2.      Wykonanie

Generalnie na dobrym poziomie

Drobne – choć bardzo nieliczne - przejęzyczenia i pomyłki przy czytaniu poezji są bardzo zauważalne, jako że zakłócają one naturalny rytm.

Skutkiem czytani poezji jest ograniczenie kontaktu wzrokowego pomiędzy aktorem i widownią. Widz odnosi wrażenie, że aktor jest bardziej zainteresowany swoją kartką z tekstem, niż widownią. Recytacja jest zdecydowanie lepszą opcją.

Brak ekspresji na twarzach wykonawców oraz akcentów wizualnych i motorycznych zaowocował monotonią.

Absolutnie nieprofesjonalnie wyglądają szepty na ucho pomiędzy wykonawcami, w czasie gdy ich koleżanka/kolega recytuje swoją kwestię. Czas na przygotowanie był przed spektaklem.

Z uwagi na doskonałą realizację dźwięku byłoby to fantastyczne wykonanie w formie audycji radiowej. 

3.      Scenografia

Pomysł ze stołem bardzo niefortunny. Stół zadziałał jako naturalna bariera pomiędzy aktorami a widownią. Dokonał podziału na: „my i oni”.

Walnie przyczynił się do monotonii, ograniczając aktorom „przestrzeń życiową”.

Gdyby zamiast jednego, długiego, stołu użyć dwóch lub nawet trzech małych stolików rozstawionych w pewnym artystycznym nieładzie, efekt byłby o wiele ciekawszy. Ta opcja stwarza równocześnie okazję (lub pretekst) do wprowadzenia swego rodzaju „akcji” na estradzie.

Sprzęt elektroniczny wraz z operatorem dźwięku powinien być ukryty przed widownią za jakimś parawanem. 

4.      Dźwięk

Zważywszy bardzo oszczędne środki techniczne realizacja dźwięku była doskonała.

Zbyt krótka przerwa pomiędzy pierwszym i drugim utworem muzycznym spowodowała jedyny „zgrzyt” zaraz na początku spektaklu.

Dla zwiększenia dynamiki przedstawienia dobrze byłoby zrezygnować z aktualnej formuły: muzyka – stop – poezja – stop –muzyka ..., którą można zastąpić formułą: muzyka – 3 sekundy wyciszania muzyki w czasie których można rozpocząć recytację – muzyka z wyciszenia przed zakończeniem recytacji. Recytacja na tle dobrze dobranej muzyki również dodałaby przedstawieniu dodatkowego wymiaru.

Sugestia: rozważyć użycie miksera dźwięku. 

 

Andrzej Grocholski

5 kwietnia 2014